Archiwa

Polskie dni chwały.

Rzadko kiedy historia bywa tak łaskawa, żeby trochę zgorzkniałemu polskiemu narodowi, dać tyle dobrych wrażeń i doznań w tak krótkim czasie. Lewandowski strzelił swojego pierwszego ligowego gola w klasyku Bayern – Schalke. Cudowny chłopak, którego nie chciała Legia Warszawa, a którego talent wyszlifował Jurgen Klopp w Borussi Dortmund, za co w podzięce usłyszał 6 czerwca we Wrocławiu na europejskim stadionie miłą jego sercu z pewnością przyśpiewkę – „jazda z k…ami hej ląsku jazda z k….” itd. Później kibole odśpiewali hymn Polski (a jakże!) i za moment w dowód sympatii dla trenera Borussi poleciało – „quantanamera Sląsk Wrocław je….e Hitlera”! Myślę, że tej drużynie, której trzon stanowili do niedawna trzej Polacy, a Niemcy są w mniejszości, te przyśpiewki należały się jak najbardziej. Tym bardziej, że wzywany do jazdy z k…ami ukochany Sląsk zagrał żenująco słabo, żal było patrzeć jak goście, tylko z powodu litości, skończyli ten snajperski pokaz na wyniku 3:0. No, ale się pokazaliśmy! Patriotycznie!  Dobrze, że Lewy jednak strzela.

3:0 pokonana Serbia na inaugurację mistrzostw świata w piłce siatkowej to także wydarzenie bez precedensu. Oprawa, 62 tysiące widzów i styl zwycięzców to wszystko budzi szacunek i radość. Bo drużyna zagrała znakomite spotkanie z najtrudniejszym przeciwnikiem w grupie, z którym nie grało nam się zawsze łatwo. Wystarczy przypomnieć jak katował nas Ivan Milijkovicz razem z braćmi Grbiczami w nieodległych latach. Niestety, nie byłem tam, bo nie udało mi się dostać biletów, ale swoje wzruszenie przeżyłem przed telewizorem. Dwa tygodnie temu delektowałem się naszym stadionem Narodowym przy okazji meczu Real – Fiorentina. Piękny, cudny, dostojny. Kosmos po prostu. Że kosztował 2 mld złotych? I dobrze – piękne rzeczy kosztują. Droższe jest choćby Wembley i Emirates Stadium, choć zbudowane wcześniej. To raczej powód do dumy niż uszczypliwości. To w końcu Narodowy. A wczoraj pokazał się w pełnej krasie.

W 34 rocznicę podpisania porozumień sierpniowych, wydarzeń, które otworzyły nam drogę do wolności, które po latach przywróciły Polskę wolnemu światu, Polak został najważniejszym człowiekiem w Unii Europejskiej. Prezydentem, szefem Rady Europejskiej. 28 państw jednogłośnie, co jest wydarzeniem bez precedensu, wybrało Donalda Tuska na tę zaszczytną funkcję. Dlaczego? Bo jest bez charyzmy? Bo jest nieudacznikiem? Bo nic w Europie nie znaczy, jak chce ministerstwo propagandy w pisie? Przecież widać jak na dłoni, że ta narracja się kompletnie nie broni. Że to stek bredni. Współczuję trochę tym Hofmanom, Brudzińskim, Girzyńskim, bo muszą wykazać się niezwykła ekwilibrystyką, żeby nadal udowadniać marność osoby premiera w kontekście tego historycznego wyróżnienia dla Polski. Miałem niedawno okazję spotkać premiera i uczestniczyć w rozmowie z nim o sytuacji w Polsce i szczególnie  na Dolnym Sląsku. Byłem zdumiony jego znakomitą pamięcią i rozeznaniem w sprawach, które nam się wydawały bardzo lokalne i mało istotne. Ale największe wrażenie robi jednak charyzma, której nie wyklucza poczucie humoru i cięty dowcip. Dlatego uśmiecham się tylko z politowaniem, jak słyszę, jakich przymiotów Donald Tusk jest pozbawiony…

Tak jak tylko uśmiechem politowania mogłem skwitować kolejny popis oratorski milickiego agitatora w sutannie. Trochę w rok po tragicznej śmierci radnej z Krośnic, duchowny wygłasza pochwałę wobec tego, który ją zaszczuł, wobec którego prokurator prowadzi postępowanie o doprowadzenie do śmierci. Mało tego, wzywa do zjednoczenia prawicy, a mówiąc o niej ma na myśli listę, na której znajdą się tacy prawicowi kandydaci jak Henryka Skrzynecka, Piotr Zajiczek i Janisław Kaczmarek. No jeżeli w innych sprawach duchowny mam tak samo dobre rozeznanie, to nic dziwnego, że w sierpniu miesiącu trzeźwości propaguje rozdawanie piwa z pieniędzy podatników. I nieźle się przy tym bawi.

Rzadko kiedy historia bywa tak łaskawa, żeby trochę zgorzkniałemu polskiemu narodowi, dać tyle dobrych wrażeń i doznań w tak krótkim czasie. Lewandowski strzelił swojego pierwszego ligowego gola w klasyku Bayern – Schalke. Cudowny chłopak, którego nie chciała Legia Warszawa, a którego talent wyszlifował Jurgen Klopp w Borussi Dortmund, za co w podzięce usłyszał 6 czerwca we Wrocławiu na europejskim stadionie miłą jego sercu z pewnością przyśpiewkę – „jazda z k…ami hej ląsku jazda z k….” itd. Później kibole odśpiewali hymn Polski (a jakże!) i za moment w dowód sympatii dla trenera Borussi poleciało – „quantanamera Sląsk Wrocław je….e Hitlera”! Myślę, że tej drużynie, której trzon stanowili do niedawna trzej Polacy, a Niemcy są w mniejszości, te przyśpiewki należały się jak najbardziej. Tym bardziej, że wzywany do jazdy z k…ami ukochany Sląsk zagrał żenująco słabo, żal było patrzeć jak goście, tylko z powodu litości, skończyli ten snajperski pokaz na wyniku 3:0. No, ale się pokazaliśmy! Patriotycznie!  Dobrze, że Lewy jednak strzela.

3:0 pokonana Serbia na inaugurację mistrzostw świata w piłce siatkowej to także wydarzenie bez precedensu. Oprawa, 62 tysiące widzów i styl zwycięzców to wszystko budzi szacunek i radość. Bo drużyna zagrała znakomite spotkanie z najtrudniejszym przeciwnikiem w grupie, z którym nie grało nam się zawsze łatwo. Wystarczy przypomnieć jak katował nas Ivan Milijkovicz razem z braćmi Grbiczami w nieodległych latach. Niestety, nie byłem tam, bo nie udało mi się dostać biletów, ale swoje wzruszenie przeżyłem przed telewizorem. Dwa tygodnie temu delektowałem się naszym stadionem Narodowym przy okazji meczu Real – Fiorentina. Piękny, cudny, dostojny. Kosmos po prostu. Że kosztował 2 mld złotych? I dobrze – piękne rzeczy kosztują. Droższe jest choćby Wembley i Emirates Stadium, choć zbudowane wcześniej. To raczej powód do dumy niż uszczypliwości. To w końcu Narodowy. A wczoraj pokazał się w pełnej krasie.

W 34 rocznicę podpisania porozumień sierpniowych, wydarzeń, które otworzyły nam drogę do wolności, które po latach przywróciły Polskę wolnemu światu, Polak został najważniejszym człowiekiem w Unii Europejskiej. Prezydentem, szefem Rady Europejskiej. 28 państw jednogłośnie, co jest wydarzeniem bez precedensu, wybrało Donalda Tuska na tę zaszczytną funkcję. Dlaczego? Bo jest bez charyzmy? Bo jest nieudacznikiem? Bo nic w Europie nie znaczy, jak chce ministerstwo propagandy w pisie? Przecież widać jak na dłoni, że ta narracja się kompletnie nie broni. Że to stek bredni. Współczuję trochę tym Hofmanom, Brudzińskim, Girzyńskim, bo muszą wykazać się niezwykła ekwilibrystyką, żeby nadal udowadniać marność osoby premiera w kontekście tego historycznego wyróżnienia dla Polski. Miałem niedawno okazję spotkać premiera i uczestniczyć w rozmowie z nim o sytuacji w Polsce i szczególnie  na Dolnym Sląsku. Byłem zdumiony jego znakomitą pamięcią i rozeznaniem w sprawach, które nam się wydawały bardzo lokalne i mało istotne. Ale największe wrażenie robi jednak charyzma, której nie wyklucza poczucie humoru i cięty dowcip. Dlatego uśmiecham się tylko z politowaniem, jak słyszę, jakich przymiotów Donald Tusk jest pozbawiony…

Tak jak tylko uśmiechem politowania mogłem skwitować kolejny popis oratorski milickiego agitatora w sutannie. Trochę w rok po tragicznej śmierci radnej z Krośnic, duchowny wygłasza pochwałę wobec tego, który ją zaszczuł, wobec którego prokurator prowadzi postępowanie o doprowadzenie do śmierci. Mało tego, wzywa do zjednoczenia prawicy, a mówiąc o niej ma na myśli listę, na której znajdą się tacy prawicowi kandydaci jak Henryka Skrzynecka, Piotr Zajiczek i Janisław Kaczmarek. No jeżeli w innych sprawach duchowny mam tak samo dobre rozeznanie, to nic dziwnego, że w sierpniu miesiącu trzeźwości propaguje rozdawanie piwa z pieniędzy podatników. I nieźle się przy tym bawi.

Kozak Biesiadny

Wielkie łkanie rozległo się na ziemi dolnośląskiej, kiedy Rafał Dutkiewicz oświadczył, że zamierza wspólnie zarządzać tym terytorium z niedawnymi przeciwnikami, czyli obozem Platformy Obywatelskiej. Najpierw niedowierzanie, konsternacja, a potem płacz, w którym dało się słyszeć …. „zostawiłeś nas sierotami”. Szczególny szloch dochodził z pętli wąskotorówki, gdzie Darek Stasiak wraz z Mirosławem, nie wiedząc, co się dzieje, a potem w to nie wierząc, pozostali trochę, mówiąc językiem młodzieży, złapani na wykroku lub dosadniej – z ręką w nocniku. Bo ileż razy można zmieniać partie, komitety, stronnictwa? Mirosław przeszedł już przecie chwalebną drogę od PZPR-u, przez SLD, tzw. XXI do nicości, Darek też – co wybory to inny komitet. Trochę jak w życiu… Ba, okazuje się, że w tym ostatnim związku czuli się trochę niekochani, nienależycie pieszczeni. Bo oznak czułości było zbyt mało, zbyt rzadko…. No, tak trochę wiało chłodem. Darek postanowił się nawet poskarżyć na to gazecie:

„Zdaniem Dariusza Stasiaka, sejmikowego radnego prezydenta, samorządowców niższych szczebli, czyli wójtów, burmistrzów, starostów, w ODŚ nie traktowano z należną im estymą. – To była tylko organizacja prezydentów, a zwłaszcza prezydenta Dutkiewicza. Nie zgadzałem się na to – zaznacza Stasiak”

Cały tekst: http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,16428556,Bunt_w_ugrupowaniu_Dutkiewicza__Odchodza_i_zakladaja.html#ixzz39t0pYKnN

Warto dodać, że ta bohaterska darkowa niezgoda przebiegała nad wyraz głośno i burzliwie. Wychodził na łąki, pola i przestworza i grzmiał: nie ma mojej zgody i basta! dość tego, żądam więcej…. estymy! Że aż echo oddawało: -stymy, -stymy, -tymy. A potem odwiedzał lodowatego Rafała, co to miał za mało estymy i …… po wyjściu otrzepywał kolana z prochu z podłogi…. Ot, walczak, kozak 😉

Drugi kozak Mirosław, napisał mi, że w czasie, kiedy on się zabiera za remont dróg powiatowych, ja trwonię czas na konwentach i konferencjach. Jak wygląda to samodzielne budowanie, widać po kuriozalnym piśmie, że gmina samodzielnie wyremontuje te drogi, ale czeka na pieniądze z powiatu! Ale mniejsza o to, najciekawsze jest to, że zarzut ten stawia wójt powszechnie zwany na Dolnym Sląsku Mirkiem Biesiadnym, a to najbardziej eleganckie określenie. Są też dosadniejsze. Jak bardzo Mirek uwielbia biesiady najlepiej świadczy to, że na otwarcie drogi w Kuźnicy Czeszyckiej przyjechał przez nikogo nieproszony. I czuł się całkiem dobrze.  Aż strach pomyśleć,  ile pożytecznego mógł w tym czasie zrobić 😀

 

Kup pan ceg(iełkę)

Bardzo ciekawie zrobiło się ostatnio na sesji w Krośnicach, gdzie w sposób jawny i publicznie jeden z (byłych) pracowników urzędu oznajmił wszem i wobec, że razem ze swoimi współpracownikami, na polecenie służbowe dokonywał sprzedaży biletów w formie kuponów, cegiełek, itp., co w sposób oczywisty łamało prawo o zbiórkach publicznych, opłatach skarbowych, a także stanowiło niedozwoloną pomoc publiczną w projekcie wspartym środkami UE. Mało tego, kiedy pracownicy, przed prokuratorem, nie zgodzili się wziąć winy na siebie, zostali szybko i sprawnie zwolnieni z pracy. Na swoje usprawiedliwienie sekretarz Stasiak sentencjonalnie stwierdził, że nielegalna sprzedaż cegiełek, to tylko wykroczenie i nie ma nad czym się rozwodzić, a poza tym sprawy by nie było, gdyby dociekliwi ludzie nie zadali niewygodnych pytań, nie zwrócili się do odpowiednich instytucji z prośbą o rozstrzygnięcie problemu. Bo w ten sposób sprawa (o zgrozo!) ujrzała światło dzienne. I narobiła kłopotów sekretarzowi. A tego tolerować nie zamierza. Stąd kopniak na pożegnanie wymierzony pracownikom obsługującym kolejkę. No tak, warto przyjrzeć się tej sprawie, żeby zobaczyć po raz kolejny, jak wygląda zarządzanie ryzykiem w Krośnicach – w razie czego – bądź przygotowany na to, że zostaniesz poświęcony jak przedmiot, jak pionek…

Pewnego razu przyszła do mnie kobieta, która została zwolniona z pracy za sprawę mieszkań w tzw. spichlerzu. – Nie przyjmuj jej czasem do pracy, powiedział mi wówczas D. Stasiak. – Wiedziała, że wszystkie pisma dot. spichlerza podpisuję ja, a poszła do wójta. Dlatego ją zwolniłem. – No to teraz, musisz Darek zwolnić wójta, odpowiedziałem. – Jeszcze nie teraz, odparł bez wahania. Jak wygląda dziś spichlerz, wszyscy widzą. Sprawa ma charakter rozwojowy, bo jest on dodatkowo obciążony hipoteką. Ale nie jest to żaden powód do refleksji, bo w ten sam sposób po paru latach dziś traktuje się następnych.

Dariusz Stasiak od pewnego czasu peregrynuje po wrocławskich mediach, prosząc, prawie żebrząc, żeby cokolwiek napisały o mieniu po Wojewódzkim Szpitalu Neuropsychiatrii w Krośnicach. Efekt mizerny. A może Darek podrzuciłby im temat spichlerza, bo to rzeczywiście niezły przekręt?

 

z pewnością najpiękniejsze słowo świata

Z pewnością należy do zestawu najpiękniejszych słów w leksykonie większości facetów. Słów, które powodują przypływ emocji, wspomnień, przyśpieszone bicie serca. Które wywołują marzenia, dają nowe kolejne, nadzieje… To słowo, z którym każdy, w zależności od wieku,  ma swoje własne doświadczenie pokoleniowe, ma swoje najpiękniejszy moment zachowany w pamięci jako absolutny top one i nie jest to piwo, seks, lamborghini czy harley. Słowo, które odmieniane jest przez wszystkie przypadki raz na cztery lata, co większość mężczyzn odbiera jako zdecydowanie za długi okres oczekiwania. Mundial, czyli mistrzostwa świata w piłce nożnej… Najpiękniejsza impreza świata, zostawiająca w tyle wszystkie mistrzostwa świata, turnieje, igrzyska i olimpiady. Rekordy oglądalności, wyzwolone ogromne emocje, stworzona otoczka medialna i celebrycka, słowem pełen – show must go one. Co ciekawe, raz na cztery lata oznaki zainteresowania futbolem, z różnych powodów, zaczynają wykazywać osoby, środowiska, które wcześniej piłką nożną interesują się mniej niż średnio – aktorzy, modelki, muzycy, na żonach i córkach kończąc. Magia mundialu potrafi wciągnąć w swój globalny spektakl widzów postronnych, którzy w tym widowisku widzą walor nie tylko sportowy. Dlatego dzisiaj częsty widok w lokalach i fan zonach to mąż, żona, dzieci i czasem … babcia, co dość dramatycznie łamie seksistowski stereotyp kibica i podziału ról, gdy to faceci kibicują, piją piwo, a żony zmieniają popielniczki i donoszą czipsy, robiąc to na tyle sprytnie, żeby tor przejścia kompletnie nie zakłócał pola widzenia 😉

Nie jestem w tym względzie wyjątkiem, dla mnie mundial to magia, egalitarny teatr dla milionów, miliardów – megaprzedstawienie. Mam już tyle lat, że nieźle pamiętam mistrzostwa w RFN 1974 i słynne, wielkie mecze, przede wszystkim z Włochami, RFN i Brazylią. Potem Argentina ’78 i wielki zawód, że … jedynie zremisowaliśmy z RFN 0:0 w meczu otwarcia. Tak mocno wierzyłem, że po niesprawiedliwym werdykcie z Frankfurtu, naprawdę pokażemy Niemcom, komu należał się ten tytuł… No i España ’82, mistrzostwa, o które znów biliśmy się z Niemcami, ale tym razem z NRD. Dwa wielkie, słynne pojedynki i obydwa wygrane – najpierw po cudownej główce Andrzeja Buncola w Chorzowie, a potem fantastyczne Smolarek show w Lipsku, po którym nowa gwiazda reprezentacji Polski, zwierzy się, że najbardziej w życiu to lubi myć samochód i biegać z … koniami 😉 Wielka reprezentacja, świetne mistrzostwa, piękne mecze z Peru, Belgią, Francją no i Rosją, którą wyeliminowaliśmy w ćwierćfinale! Przypominam to był 82 rok i ciągle trwający stan wojenny w Polsce. Ależ cudownie smakował ten bezbramkowy remis…

Mundial w Meksyku przypadł na czas studiów i były to oczywiście zajęcia obowiązkowe, mimo dość egzotycznych godzin transmisji. Tam zobaczyłem zanikającą wielkość polskiej piłki, którą zaczęła „klątwa” Zbigniewa Bońka, po meczu z Brazylią (0:4). Wtedy słynny Zibi powiedział, że długo możemy się nie doczekać następnego awansu do światowej czołówki i wykrakał nam nieobecność w mundialach przez następnych 16 lat. Przełamanie klątwy nie nastąpiło do dzisiaj, bo nawet po awansie do mistrzostw świata, swój udział kończyliśmy na rozgrywkach grupowych, w stylu … mało chwalebnym. Może to i dobrze, że po bardzo słabych kwalifikacjach, nie pojechaliśmy do Brazylii, bo jak na razie ten mundial jest przepiękny jeśli chodzi o styl i poziom – creme de la creme futbolu. Wszyscy grają piłkę otwartą, ofensywną i waleczną. Akcja za akcją, raz w jedną, raz w drugą stronę, nikt nie muruje bramki, nikt nie gra na słynne zero z tyłu. Piękno i koloryt futbolu najpiękniej realizują się w turnieju, gdzie nikt z nikim nie zremisował bezbramkowo! (wiem, że zremisował, ale nawet ten remis był piękny), gdzie nie ma kalkulacji, stawiania autobusu w polu bramkowym. Gdzie gwiazdami stali się bramkarze, którzy błysnęli geniuszem, broniąc swoich bramek przed gradem strzałów.

Nie ma Polaków, nie ma Czechów, Ukraińców, Szwedów, Duńczyków, Turków. I wychodzi na to, że słusznie, bo poziom jest naprawdę wyśmienity. A dzisiaj Francja – Niemcy, czy trzeba mówić coś więcej??

Kogo nagrałem na swoich taśmach.

Istniejący od dwóch tygodni serial ujawniania rozmów nagranych potajemnie polityków, wywołuje niemały zamęt oraz daje asumpt do różnorakich wniosków, ferowania wyroków. Skandal, rozpusta, zepsucie, itp. to wcale nie najmocniejsze komentarze obficie wylewające się ze wszystkich mediów. I faktycznie niektóre „wykwity” myśli polskich luminarzy życia publicznego, państwowego, mogą wywoływać co najmniej zakłopotanie, z wiodącą wg mnie frazą – „ch…, d…. i kamieni kupa”, której z językowego punktu widzenia, trzeba jednak przyznać melodyjność, zwięzłość oraz należytą pikanterię. Wszystkim zżymającym się na język, stylistykę i słownictwo polecam chwilową refleksję, jak wyszliby na nagraniu, które potajemnie zamontowano by im w domu – kuchni, pokoju, sypialni, łazience? Jak wyglądałby język naszego zaufanego spotkania z najbliższymi znajomymi? Czy rozmawiamy tylko o poezji, literaturze i sytuacji międzynarodowej, czy też o plotkach, seksie, innych znajomych i to nie językiem Mickiewicza? Taka jest niestety prawidłowość nagrań potajemnych – nadreprezentacja wulgaryzmów, luz słowny, swoboda granicząca ze swadą – w ocenie innych ludzi. To na tym służby wszystkich krajów budowały swoisty instrument informacyjny i demaskacyjny – jak choćby w podsłuchu utajonych homoseksualistów, najlepiej z opozycji. Do słynnych taśm mających skompromitować Lecha Wałęsę należało nagranie jego rozmowy z bratem, kiedy ten odwiedził Lecha w ośrodku internowania w Arłamowie. Pamiętam, jakie negatywne wrażenie zrobiło na mnie słownictwo i rozmowa o papieżu Janie Pawle II w kontekście rywalizacji o pokojową Nagrodę Nobla. Szybko okazało się, że nagranie zostało ohydnie zmanipulowane i zredagowane, po to, aby właśnie wywrzeć wrażenie negatywne.Tajne nagrania na zawsze będą mi się już kojarzyły z SB-cją i podłymi metodami, mającymi upodlić ludzi, poniżyć ich i pognębić. Nigdy ich nie zaakceptuję, dlatego  nie zdarzyło mi się nikogo nagrać bez jego wiedzy, choć w ostatnich 8 latach nie brakowało okazji ani możliwości. W kilku przypadkach ewidentnych prowokacji, solennie mnie do tego namawiano, mówiąc – on ciebie nagra na pewno i zmanipuluje, więc miej swoją wersję. Nigdy tego nie zrobiłem, nie mogąc przezwyciężyć wstrętu do metod brudnych i niskich.  Takich chociażby, jakimi posłużono się w tzw. milickiej aferze naciskowej. Sprokurowanej, wymyślonej i przeprowadzonej przez dzisiejszych wydawców kłamnika milickiego, który z dumą przypomina ją na swoich łamach. Rolę niezłomnej, sprawiedliwej grała tam między innymi radna sołtys z Olszy, której ostatnie podejrzane rozliczenia finansowo – rzeczowe stały się podstawą do powiadomienia prokuratora o możliwości popełnienia przestępstwa. A główny bohater tej prowokacji wsławił się tym, że nie potrafił wyłączyć dyktafonu i wykrzykiwał – Alek, jak to się k….a wyłącza? Alek – k…a! co bynajmniej średnio korespondowało ze świętoszkowatym wizerunkiem Ireneusza Wołyniaka, akompaniującego na gitarze scholi kościelnej….. Prokuratura szybko ustaliła, że nie było żadnego nacisku, żadnych niedozwolonych działań, sprawą nie zajął się żaden sąd. O dwojgu głównych bohaterach (ofiarach?) prowokacji już napisałem, sam pomysłodawca ma inne problemy, także z prokuratorem, gdyż prawie rok temu został wymieniony w liście pożegnalnym, który tragicznie zakończył prawdziwą aferę naciskową.

Zło może zrodzić tylko zło. Tak też było, jest i będzie z tymi, którzy sięgają po metody SB-ckie. Odzieranie ludzi z należnej im intymności jest zboczeniem, porównywanym z podglądactwem.

A co jest na moich taśmach, a właściwie kasetach? Kilkanaście wywiadów z czasów pracy w „Gazecie Milickiej”, sprzed 20 lat! A także pierwsze słowa wypowiadane przez moje dzieci. Problem polega na tym, że coraz trudniej dostać sprzęt do ich odtworzenia.

Kto się w co przebiera, czyli gender po milicku….

Spotykam się od czasu do czasu z mieszkańcami powiatu, mieszkającymi na obszarach, powiedzmy, pozaaglomeracyjnymi (!), czyli w wioskach oddalonych od Milicza bardziej niż 5-7 kilometrów. Z reguły jest sympatycznie, skoro mnie zapraszają(!), miło i elegancko, do momentu, kiedy ludzie zaczynają mówić o swoich problemach i bolączkach. Można je sprowadzić do 3 zasadniczych kwestii – drogi, praca, zdrowie lub praca, zdrowie, drogi, w różnej konfiguracji. Ostatnio w Bartnikach przy okazji Swięta Ludowego, spróbowałem wysondować mieszkańców, co myślą o zagrożeniu ideologią gender, którą jesteśmy w radzie powiatu bombardowani od pewnego czasu. – Gender, mówi pan? To ten gość, co gra w pingponga z Milicza – dopytuje mieszkaniec Bartnik? -Nie, odpowiadam, to sytuacja, kiedy faceci chcą być kobietami albo odwrotnie i jeszcze się przebierają. – Tfu, krzywi się mój rozmówca, – facet w pończochach! Moja kobita to ma takie pończochy, że i czterech chłopów by weszło, nie mówiąc o tym, no…. na cy… na biust znaczy. W mieście by mogły robić za parasole, uśmiecha się filuternie pan Waldek, bo w czasie tej intymnej pogawędki zdążyliśmy się poznać. – A czy na ten przykład nie brakuje panu inicjatywy uchwałodawczej, próbuję dalej drążyć superważny temat? – Piotrek, mówi poufale Waldek, mnie to czasem brakuje inicjatywy „cośtamdawczej”,  ale ona nie ma nic wspólnego z żadną uchwałą, tylko, że czasem za późno wrócę do chałupy albo troszkę za dużo sobie machnę. I wtedy moja inicjatywa napotyka na weto albo … votum separatum! Tutaj Waldek, wyraźnie już rozbawiony i rozluźniony, zaczął wchodzić w tematy dość swawolne, pospiesznie więc skończyłem rozmowę i pojechałem do Cieszkowa na obchody ich lokalnego święta. Tam miałem łatwiej, bo spotkałem dawno niewidzianego kolegę z klasy, który po drugim piwie, odpowiedział mi na zadane pytanie w ten sposób – ty, wiesz, co? Zrób lepiej drogę i chodnik w Pakosławsku, bo jesteśmy już w takim wieku, że tymi głupotami wstyd się zajmować. A ludziom droga się przyda. Nie masz nic lepszego do roboty – wyraźnie na mnie naskoczył….tylko szukać przebierańców?  – Piotrek, ogarnij się, masz już swoje lata, a ciągle ci głupoty w głowie. Od kiedy cię pamiętam – zawsze taki sam…. Pożegnałem się pośpiesznie, a ponieważ w domu czekała na mnie żona, wolałem nie ryzykować konfliktu z wyraźnie zarysowaną przewagą płci odmiennej… 😉

Waldek niezagrożony przez gender, Paweł tym bardziej, skąd więc to larum, zastanawiałem się od paru dni? Gdzie faceci mogą przebierać się za kobiety, a płeć piękna szpecić się spodniami, garniturami czy rozdeptanymi butami? Nie wiem…. Ale przyszło mi na myśl, że spenetruję środowisko zawodowe, z którego wywodzi się pani radna, czyli szpital. Wyjechałem o 5 rano, żeby spotkać tych, co schodzą z nocnej zmiany, czyli dyżuru. Na wszelki wypadek przycupnąłem w sklepiku, przy automacie z kawą, żeby w razie czego robić za serwis techniczny. Czekam, czekam, aż tu nagle jest! Nie mogę uwierzyć – po schodach zalotnie zbiega, kręcąc biodrami,  doktor Jacek w kusej miniówce… Nogi co prawda umięśnione, widać efekt wielu godzin na siłowni, ale starannie wydepilowane, chyba nawet wysmarowane kremem samoopalającym. Ale, cóż to?! Za nim podąża drobny facet, w którym po zbliżeniu się, rozpoznaję przełożoną Mariolę! Na ładnej twarzy paskudny wąs, nogi skryte w obszernych spodniach, zamiast tradycyjnych szpilek – białe drewniaki, w kieszeni wyraźnie zarysowana paczka fajek.  Ojej, co ona z sobą zrobiła, zastanawiam się nie bez żalu! Przepraszam czy tak powinna wyglądać kobieta? – Przepraszam, przepraszam, kawy chcę nalać, słyszę głos nad sobą i wtedy budzę się przy automacie z kawą, grzecznie ustępując miejsca pani doktor Oli, która w idealnie skrojonym kitlu, wyraźnie podkreślającym kobiecość, podąża do pracy. Po drodze zatrzymuje się, by sobie nalać kawy. Nie potrzebuję jej pytać o gender, widać z daleka, że to nie jest jej problem.

A czyj??

Komu przydałby się RG?

Zadawałem sobie to pytanie słuchając w środę wystąpienia legendarnego i charyzmatycznego burmistrza Nowego Jorku – Rudolpha Giulianiego. Niepozornego, starszego dżentelmena, który chodząc utykał, jednakże kompletnie nie przeszkadzało temu – co mówił i jak mówił. Bo, jak każdy amerykański mąż stanu, body language (mowę ciała) ma dopracowaną do perfekcji – każdy gest, krok, wzniesienie rąk, uniesienie brwi, śmiech – to wzmocnienie przekazu słownego. Dlatego półtorej godziny minęło szybko i niepostrzeżenie. Minęło szybko, bo Giuliani naprawdę ma coś do powiedzenia. – Przywództwo prawdziwe nie polega na tym, żeby mówić ludziom to, czego oczekują, ale to, co jest społecznie ważne, pryncypialne, choć może być niepopularne. Chcąc porwać ludzi za sobą, nie narzekaj, nie lamentuj, ale daj im ideę, marzenie – cel. Jeśli chcesz walczyć z bezrobociem, nie rozdawaj zasiłków, bo one tylko utrwalają biedę i wykluczenie. Wszystko, co nie jest domeną władzy publicznej, powinno zostać sprywatyzowane, łącznie ze szkołami i szpitalami. Z jednego względu – własność prywatna utrzymywana jest lepiej i efektywniej. Unikaj omnipotencji państwa, jego wszechwładzy. To program wielkich przywódców – Ronalda Reagana i Margaret Thacher, do których, jak przyznaje Giuliani, nie dorósł obecny prezydent Obama. Domeną państwa, w tym samorządu lokalnego, jest dbanie o bezpieczeństwo obywateli, w wymiarze municypalnym (gminnym) jak i centralnym, państwowym. Dlatego wydatki na policję i wojsko powinny rosnąć. – Rozmawiaj z ludźmi, także z tymi, a nawet przede wszystkim, którzy się z tobą nie zgadzają. Przekonuj, ale nigdy ich nie obrażaj. Sprawowanie władzy publicznej oparte jest na dialogu. Odpowiadając za porządek, sam nie możesz łamać prawa w żadnym, nawet najmniejszym zakresie.

Twarde, republikańskie i konserwatywne prawdy. A ilu w Polsce gotowych jest, aby się pod nimi podpisać???

Dlaczego kandyduję?

Wiem, że to nie jest najlepszy temat na wpis letni, prawie wakacyjny. Szczególnie, że jakiś czas mnie tu nie było. No cóż, nie zawsze robi się to, co chce. Chciałbym napisać o 25 latach polskiej (mojej) wolności, o doświadczeniu nowej Polski, do budowania której dołożyłem swoją małą cegiełkę. Chciałem skreślić parę słów o kondycji polskiej kultury po rozmowie z Bogdanem Zdrojewskim, a także jego żoną Basią, z którą spędziłem słoneczny dzień 27 maja w Warszawie, najpierw w Pałacu Prezydenckim, z okazji Święta Samorządu Lokalnego a później na warszawskiej Starówce. Chciałem powiedzieć co nieco o mediokracji, w której przyszło nam żyć i co gorsza – z nią się pogodzić. A także o ostatnich wyborach, które po raz ósmy, a nieostatni, przegrał J. Kaczyński. O śmieszności, w którą popadają, a później przepadają, politycy na wewnętrznej emigracji – Rokita, Gowin, Schetyna. A jest jeszcze siatkówka, futbol, książki, Ukraina, film, przeciekający basen…. no słowem – moc tematów. A ja muszę odpowiedzieć na najważniejsze i najtrudniejsze pytanie – po co mi to kandydowanie?

Przecież ten dylemat miałem 4 lata temu, kiedy moi przyjaciele mnie do tego namawiali. Darek Duszyński, jako dawny, dobry kolega Pawła Wybierały, powiedział mi – zobaczysz, będziemy tęsknić za Ryszardem Mielochem. Uznałem to wówczas za przesadzone czarnowidztwo i byłem pewien, że wcześniej czy później stosunki powiat – gmina zostaną normalnie ułożone. Do głowy by mi nie przyszedł ten czarny scenariusz przepotężnej awantury. W czarnych snach nie przewidziałem, że burmistrz (wiceburmistrz) pozwoli sobie na nieprzychodzenie na sesje Rady Miejskiej. Nie ma takiego przypadku w Polsce! W koszmarze nie wyśniłbym, aby burmistrz (wiceburmistrz) szkodził swoimi decyzjami jedynemu w mieście i powiecie szpitalowi, że doprowadzi do upadku jedyny publiczny ośrodek zdrowia, który jeszcze 4 lata temu był dochodową i bardzo prężną jednostką. Czy ktoś rozumie, że można zrezygnować z nieodpłatnej darowizny na rzecz miasta? Agencja Nieruchomości Rolnych chciała przekazać 42 ha ziemi na budowę zbiornika wodnego z przeznaczeniem na sporty wodne. Czy wycofanie się gminy Milicz ze wspólnego projektu, wartego ok. 60 mln złotych, finansowanego ze środków unijnych, budowy wielkiej ścieżki rowerowej z Milicza poprzez Żmigród, Prusice, Trzebnicę jest logiczne? Czy zerwanie współpracy na rzecz konfliktu ze wszystkimi możliwymi instytucjami, samorządami, wprowadzenie kłótni i agresji (PGK, Partnerstwo dla Doliny Baryczy, Stowarzyszenie Gmin i Powiatów Doliny Baryczy) jest dobrą metodą w czasach, gdy współdziałanie jest wymogiem chwili. Obowiązkiem. Czy próba (na szczęście nieudana) likwidacji szkół wiejskich jest odpowiedzią na cywilizacyjny wymóg szczególnej dbałości o edukację i powszechny do niej dostęp? Ech… Można by tak długo. I nie jest to żadna negatywna kampania (tu uwaga do państwa Jachimowskich, nader aktywnych na forach dyskusyjnych 😉 bo żaden z przytoczonych tu faktów nie daje się zanegować. Każdy jest obficie udokumentowany, także na tym blogu. Proponuję, aby to zmienić.

Dlatego zrobię wszystko, aby dać pracę mieszkańcom gminy i w tym celu:

1. Stworzyć w Miliczu specjalną podstrefę ekonomiczną, (wkrótce przedstawię szczegóły).

2. Uruchomić w mieście inkubator przedsiębiorczości.

Aby skorzystać skutecznie ze środków nowej perspektywy finansowej UE, należy przystąpić do porozumienia samorządów lokalnych „Północnego Obszaru Interwencji”, co spowoduje, że gmina będzie miała fizyczną i realną możliwość uczestniczenia w podziale pieniędzy unijnych.

Po raz pierwszy w swojej historii gmina sięgnie do pieniędzy z Narodowego Programu Przebudowy Dróg Lokalnych w celu remontu oraz budowy dróg gminnych i chodników, a we współpracy z powiatem oraz Stawami Milickimi SA złożona zostanie aplikacja w celu gruntownej przebudowy ze środków unijnych dróg – Sułów – Ruda Sułowska – Grabówka – Olsza oraz Milicz – Duchowa – Czatkowice – Młodzianów – Bracław – Potasznia.

Należy przystąpić do wspólnego projektu budowy ścieżek rowerowych wraz z sąsiednimi samorządami Sułów – Łąki – Ruda Sułowska, Ruda Milicka – Nowy Zamek, Jankowa, oprócz realizowanej już ścieżki do Wrocławia, w ramach strategii Województwa Dolnośląskiego pod roboczą nazwą „Rowerowy Dolny Śląsk”.

W Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju skutecznie złożony zostanie wniosek o wpisanie na listę Programu Budowy Dróg Krajowych obwodnicy Milicza.

Należy przejąć od PKP i wyremontować dworzec kolejowy, który będzie za 2-3 lata stanowił ważne centrum komunikacji zbiorowej, wraz z uruchomieniem szybkich połączeń na linii Poznań – Wrocław.

Szkoły wiejskie domagają się pilnego dofinansowania w infrastrukturę, pozostałe należy wyposażyć, nie tyle w nowoczesny, co nowy i funkcjonalny sprzęt.

Miliczowi pilnie potrzebny jest żłobek oraz nowe, także małe, przedszkola. Powstanie miejska Karta Dużej Rodziny pod patronatem Prezydenta RP.

Otworzę świetlice wiejskie, tworząc tam minicentra życia kulturalnego i towarzyskiego. W oparciu o środki EFS oraz staże pracownicze powstaną stanowiska pracy- animatorów życia kulturalnego.

Milicki rynek i jego otoczenie musi się stać miejscem estetycznym, funkcjonalnym i malowniczym. Domaga się pilnej i natychmiastowej rewitalizacji. Także ważny dla miliczan basen „Łazienki”, z nową niecką i wodą podgrzewaną przez pompy ciepła i systemy solarno – fotowoltaiczne.

Park wokół pałacu Maltzanów może być naszą wizytówką i chlubą. Razem ze szkołą, urzędem marszałkowskim i wojewódzkim (to mienie skarbu państwa) trzeba uczynić z niego perełkę architektoniczną, przyrodniczą, kulturową.

Najważniejsze sekcje sportowe – piłka nożna, siatkówka, tenis stołowy, badminton, zapasy – powinny znaleźć się w jednym klubie KS Barycz, który obsłuży finansowo, księgowo, organizacyjnie wskazane dyscypliny w oparciu o środki, które dziś są rozproszone. W Miliczu należy odbudować siłę piłki nożnej i piłki siatkowej.

W wielu miejscach w Polsce obsługą komunalną, w tym odbiorem odpadów, zajmują się miejscowe firmy. Uważam, że gmina Milicz lepiej była obsługiwana poprzednio niż teraz. ZUK powinien wrócić do tej działalności.

Milicz musi skuteczniej wykorzystać potencjał Stawów Milickich i oferty przygotowanej dla dzieci, młodzieży i dorosłych.

W formule partnerstwa publiczno – prywatnego uruchomię kino w Miliczu.

Na konkrety przyjdzie czas. I najważniejsze – obiecuję, że zawsze przyjdę na sesję, bez względu na to, kto będzie miał większość w Radzie Miejskiej 🙂

 

Dokonało się,

napisał na facebooku, w poście prosto z Rzymu, mój kolega Zbyszek, który pewnie przeżywa właśnie wyprawę swojego życia. Wyraźne nawiązanie do biblijnego „wykonało się”, podkreśla niezwykłość tego wydarzenia, można by powiedzieć – epokowość.  My, w domu, tylko przy telewizorze, ale z dużym skupieniem, wymienialiśmy uwagi:

– Mieliśmy szczęście żyć w niesamowitych czasach, mówiłem, do żony.

– Tak, i świetnie, że jeszcze w 1997 roku udało nam się zabrać dzieci na spotkanie z Papieżem we Wrocławiu.

A dzisiaj nabożeństwo kanonizacyjne aktywnie oglądała z nami Marysia, przedstawicielka 3 pokolenia…

Moje spotkania z Ojcem Swiętym nie były może liczne, ale takie, które zapamiętam na całe życie.

Pierwsze, jako 13. letni chłopak, obejrzałem w telewizji i oprócz pewnego wzruszenia, zaciekawienia i radości, jak duży dyskomfort sprawia Papież swoją obecnością, komunistom, nie widziałem jeszcze w tej wizycie jej prawdziwej wielkości. Zrozumiałem to dopiero 3 lata później.

Drugie, świadome i aktywne miało miejsce we Wrocławiu 21 czerwca 1983 roku. Z gronem znajomych zabraliśmy się ostatnim wieczornym pociągiem i wylądowaliśmy na Partynicach grubo przed północą. Noc spędziliśmy na kocach, rozłożonych na ziemi nasiąkniętej wodą, bo kilka dni wcześniej lało bez umiaru. Sam dzień spotkania z Ojcem Swiętym był za to słoneczny i upalny. Zmęczeni ludzie, często siedząc, a nawet leżąc, słuchali homilii łaknąc każdego słowa. Przyznaję, że na mnie największe wrażenie, zrobiła niepodległościowa oprawa uroczystości. Przecież trwał jeszcze stan wojenny, a wszędzie obecna była symbolika niepodległościowa, transparenty pisane solidarycą, tablice z hasłami wolnościowymi. Pamiętam śmigłowiec papieski, ale pamiętam też milicyjny, który wskazywał patrolom osoby, które należy wyłapywać. No i pamiętam ogromne wrażenie, kiedy papamobile przejechał dwa metry od nas.

Trzeci raz to był znów Wrocław i Kongres Eucharystyczny 31 maja 1997 r. Padało. No, w końcu to 1997 rok… Ale wytrzymaliśmy (wystaliśmy) do końca, na placu koło hotelu Wrocław, wznosząc co jakiś czas dzieci ramiona, żeby zobaczyły wyjątkowego człowieka. Żeby miały udział w tej historii, która rozgrywała się na ich oczach. Za niecałe dwa miesiące Polskę dotknęła historyczna powódź, a my, czyli moja rodzina, poznaliśmy w ten czy inny sposób efekty spotkania z Janem Pawłem II….

A tak dziś wyglądała nasza kanonizacja: